
możesz wierzyć, że komenda padła niepotrzebnie,
możesz obwiniać tych, co na Powązkach dawno legli,
że śmierć i zniszczenie stolicy przynieśli, a jednak…
za ten spokój ducha, że okupant w głuchej ciszy
nocy nagle z łoskotem w drzwi twoje nie stuka,
za kilka oddechów życia w wolnym skrawku nieba,
gdy Słońce nie miało złowieszczego cienia,
za oddychające mury, których nie przeszywały serie kolejnych egzekucji umęczonej stolicy,
za chwile, w których na dźwięk słowa „Pawiak”
i „trafił na Szucha” opadła głowa i pękało serce,
za radość, jaką dała wieść o fladze dumnie
powiewającej na powstańczej reducie…
mówisz, że to mało, że wysiłek był nadaremny,
że zniszczono stolicę i staliśmy się niczem,
a jednak nigdy nie poczułeś radości wypełniającej
dumne powstańcze serce w umęczonej,
walczącej, krwią płynącej stolicy, gdy lata terroru
bolesnym cierniem wbijały się w świadomość
Polaka, coraz mocniej i coraz głębiej…
i choć dni ciężkie przyszły i nie było już tego nieba,
chleba też nie było, a kanał stał się drogą tylko
w jedną stronę, gdy Wola i Ochota konały umęczone
w rzezi, gdy kolejna piwnica była wspólnym grobem,
a jednak, choć ciężko było i choć źle też było,
warto było wybiec z dumnie uniesioną głową
nadając jej imię – Nieujarzmionej stolicy…
spójrz w oczy starca, który chwile te pamięta
w nich odnajdziesz blask tego jasnego nieba.
Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zatrzymałem się na chwilę 1 sierpnia, w mojej świadomości jest chyba odległy w czasie taki warszawski dzień. Nie wiem, skąd się wzięły te wszystkie myśli, słowa i uczucia dotykające tych jakże trudnych, ale też szczęśliwych 63 dni. Powstanie '44, mój najważniejszy wiersz stanowi wątek przewodni, poniżej kolejne inspirujące spojrzenia wierszem, ale też z czasem prozą...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz