Obserwatorzy

Google+ Followers

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Jakub Małecki - Dygot

W nienasyceniu życia głęboko ukrytego w cierpieniu, w polnej drodze pamiętającej przemarsz Ruskich, w budzącej się do życia cichej nadziei nowego dnia, miesiąca, czy może roku. W prostej materii budzącego się do życia narodu czas jedną miarką odmierza życie Geldów, drugą, mniejszą, a może odrobinę większą wpływa na losy Łabendowiczów.
Z głębokiej czeluści końca wojny, jak z ciemnej studni, wyłania się powoli nieśmiała i niepewna swego radość życia. Jedno tajemnicze słowo - pomarańcza - drugie tlące się w duszy w tragedii nieświadomego dziecka. Strzępek, duch, mara nocna, a może coś, co w bliżej nieokreślony sposób przypomina człowieka?
Kropla. Kolejna kropla. Prześwit w dachu w ciemnej nocy zimna otchłań. I jeszcze coś, o czym może później.

-----------------------------------------------

Książka. Jedna, druga, kolejna, prawie, jak kropla spadająca na powieki. Chwilę później Irena, która popadła w nałóg.

Jakub Małecki - Rdza

Dwa to liczba kadrów, małych kroków, krótkich spojrzeń, czy też w literackiej materii, akapitów. Jeden jeszcze dziś i jeden chwilę później.
Jest coś dobrego, inspirującego, poruszającego, dotykającego serce w tej historii, w tych smutkach i radościach, w tych uczuciach, które z każdym rokiem dojrzewały i rosły. I jest miłość Sabiny i Józka.

(...) W ciągu następnych czterech lat Sabina trzy razy się przeziębiła, osiem razy się śmiała, raz marzyła, żeby umrzeć, i dostała trzydzieści dziewięć listów od Józka Kłody. Sama napisała ich też trzydzieści dziewięć, niektóre zajmowały ponad dziesięć stron. Opowiadała w nich o wszystkim, co działo się w jej życiu, i o wszystkim, co się w nim nie działo, bo tego było znacznie więcej. Wymieniali się z Józkiem coraz to bardziej szczegółowymi opisami tych niewielu chwil, które spędzili wspólnie w górach, bo bali się, że nuda, wojna i czas kiedyś im je zabiorą.

Jakub Małecki - Ślady

Obdarta ze złudzeń porażająca, piękna, prosta, przenikliwa historia. Chropowata od emocji, jaskrawa od wrażeń. Jedna, druga, kolejna, wciąż nie ta sama.
Ślady w świadomości ludzkiej zarysowane pod postacią upadłego nieba, zgubionego fletu, zabitego na wojnie człowieka. Dusza już wie, że ciężka czeka ją dola na tym ziemskim padole łez, bólu, strachu i cierpienia. Rzadko radosnego uśmiechu, czy może miłosnego uniesienia.
Jakub Małecki przygniata nadmiarem emocji, prozą, która rozrywa człowieka, rozbiera na atomy zagubioną świadomość ludzką. Śladów nie zmywa przypływ, wiatr porywisty ich nie rozwiewa, ślady odciśnięte w moim, ale też twoim umyśle nie pozostawiają złudzeń, co do tego, że literatura ta ma wartość najdroższego wina przechowywanego za szkłem na bardzo wyjątkowe okazje.
I jeden mały akapit, a później może jeszcze ciąg dalszy:

(...) Na śniadanie są ciernie i drut kolczasty. Do picia wrząca smoła. Widelec nie pasuje do dłoni, usta jakoś nie chcą się otworzyć. Oskar Wilhelm Czerski czuje, że go nie ma, że nigdy nie było. Jest bohaterem czegoś zmyślonego.

Internetowa cela to powieść obyczajowa o bólach przeszłości, o magii zaklętej 
w teraźniejszości i o przyszłości, która budowana na gruzach historii i tajemnic, wcale nie zdaje się być taka pewna…

niedziela, 9 grudnia 2018

Lara No. 19

Rozdział XIX

Kiedyś Rudobrody zakodował mi w umyśle pewną, złotą myśl. Choć często sypał nimi, jak z przysłowiowego rękawa, ta jednak szczególnie mi się spodobała, a może był to odpowiedni moment na odpowiednie słowa. Jak by nie było, słowa „Pomóż mi pomóc Sobie” miały swoją moc. Słowa, których nie spotkasz na naklejkach na zderzakach, dlaczego? Bo są zbyt mądre, aby tam trafić. Zderzak jest miejscem, gdzie możesz znaleźć „Sprzątaj po swoim psie stary”, a może „Nic ci do tego, to moja dupa”.
Za oknem skwar rozlewał się w ostatnich przebłyskach wyjątkowo upalnego maja. Jakieś 48 godzin i oto przyjdzie czerwiec, a wraz z nim jego Pierwszy Dzień, czyli Dzień Dziecka. Choć nie byłam już małą dziewczynką, zawsze starałam się dbać o swoje wewnętrzne dziecko, spełniać w miarę możliwości jego kaprysy i zachcianki. Właśnie to dziecko pozwoliło mi przetrwać w szczególnie trudnych chwilach, w latach, kiedy o uśmiech i radość było mi bardzo trudno.

piątek, 7 grudnia 2018

Męskim okiem – Ciemna strona Wenus

Po dwunastu godzinach pracy powinienem już dawno spać, jest 2:40 rano, a jednak umysł ma nadal coś do powiedzenia i jak tu z nim wygrać? I coś jeszcze, może to już jakaś szczególna fobia, ale źle się czuję bez ulubionego pióra w ręku, byle długopis nie daje się tak dobrze prowadzić. 
Subtelne metafory kreślące dobitnie ważne prawdy życia. Pewna Dama poruszyła w tym miejscu myśl, nie pierwszą, która porusza tłumy i zapewne nie ostatnią, tę samą, która wędrując przez meandry mojego umysłu odczuwa pewien lęk, czy pierwotny, tego nie wiem, ale chyba boi się rozwinąć w życiową mantrę przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Nie, tak daleko nie sięgam, bo tak naprawdę nie wiem nawet czy przekazana zostanie od jednej osoby do drugiej, czy czytelnik w swej wspaniałomyślności szepnie znajomemu słówko, o tym, co nagle u mnie odkrył, więc pisanie o pokoleniach to wręcz bluźnierstwo, co nie zmienia faktu, że wielcy doceniani byli na ogół po śmierci, to też nie ten kierunek, więc tym bardziej zawracam.

Lara No. 18

Rozdział XVIII

Uchylone drzwi wprost kusiły, aby za nie zajrzeć. Pokusa, jakiej trudno się oprzeć, jednocześnie moja ciekawość wystawiona na wielką próbę. Zajrzeć i przekonać się, co się za nimi ukrywa? A może przejść bok, zejść po schodach, by zacząć nowy dzień?
Nasłuchiwałam odgłosów w całym domu mając świadomość, że nic nie zakłóca ciszy poranka. Kilka minut po siódmej rano, sobota, dzień, w którym knajpa „Na wzgórzu” zaczynała żyć dobrze po południu. Sobotnie poranki zawsze były dla nas, mogliśmy po całym tygodniu złapać trochę oddechu, większa część dnia upływała w błogim letargu. Michał zazwyczaj znikał na ryby, jeśli w tygodniu nie miał tej możliwości, praktycznie, co tydzień można było spotkać go Nad Skarpą.
Tak nazywało się to miejsce, do którego również ja lubiłam chodzić. Bez pośpiechu, jakieś pół godziny spacerkiem, lekko pod górę. Sam brzeg z dwóch stron osłonięty skalną ścianą wznosił się nieznacznie ponad poziom morza. W zasadzie nie wiem skąd ta skarpa, ale taką nazwę miało to miejsce. Mimo wszystko było tam cudownie i bajkowo, oaza ciszy i spokoju nawet na takiej z pozoru spokojnej wyspie. Może to dziwne, ale chwilami wciąż lubiłam samotność, choć w sumie i tak byłam sama, to jednak obecność innych ludzi źle na mnie wpływała.

środa, 5 grudnia 2018

Zbigniew Zborowski - Trzy odbicia w lustrze

Szczęście jest wtedy, gdy lubisz swoje odbicie w lustrze. A rano cieszysz się, że zaczyna się kolejny dzień.

Do niedawna miałem wrażenie, że po Stuleciu Winnych Ałbeny Grabowskiej nic już nie może mnie zaskoczyć. Nic, co moglibyśmy podciągnąć pod gatunek literacki zwany sagą rodzinną. A jednak, jak to w życiu bywa w literaturze również zdarzają się zaskoczenia i miłe literackie niespodzianki.
Pojawia się mężczyzna, który pisze dla kobiet. Niby nic wielkiego, gdyż wielu mężczyzn na ogół kieruje swoje powieści ku płci pięknej, ale dla Zysk i S-ka Wydawnictwa to jednak święto. Prozy Zbigniewa Zborowskiego nie miałem jak dotąd okazji poznać, gdyż Pąki lodowych róż są trzecią napisaną przez niego książką.
Dzięki tej książce z nieukrywaną przyjemnością zanurzyłem się w historię rodziny Czeplińskich, ale też Hryniewiczów, gdyż oba te rody przez lata miały się bardzo ku sobie. Od części wydawało mi się środkowej, choć wiem już, że części trzeciej nie będzie, a pozostało mi jedynie poznanie tego wszystkiego, co pojawiło się wcześniej, zanim przeczytałem Pąki lodowych róż. I już wtedy miałem świadomość, że stało się coś wyjątkowo miłego. Wiedziałem również, że warto będzie poznać Trzy odbicia w lustrze, aby napisać jedno wspólne literackie odniesienie.

Lara No. 17

Rozdział XVII

Kufel piwa, po który sięgam coraz częściej. Piwa, które dosyć długo było mi zupełnie obce, nigdy go nie lubiłem, nigdy się w nim nie smakowałem, lecz do czasu. Teraz sięgam po nie, pisząc o tym ojcu na kartkach, które zostawiam na tacy.
Środek majowej nocy, ciepło, może nawet parno. Czas, kiedy wychodzę z ukrycia, przemykam cicho korytarzem, schodzę po schodach, wydostaję się na zewnątrz. Mogę się ukrywać, ale noce są moje. To właśnie wtedy dotleniam się, czasem chodzę po lesie, po wyspie, raz na jakiś czas docieram do miasteczka. Moje odosobnienie trwa już tak długo, lecz tu na dobrą sprawę niewiele się zmieniło. Te same drogi, ulice, drzewa i domy. Zapewne ci sami ludzie śpiący teraz za tą i za tamtą ścianą.
Coraz dłuższe dni, coraz krótsze noce. Łapię się na tym, iż nie wiem, kiedy pojawia się brzask. Nie zdążę poczekać, aż zrobi się cicho, gdy będę mógł niezauważony wydostać się na zewnątrz, a później równie niezauważony wrócić. Czuję w sobie nadmiar emocji, me serce dudni, dusza się wyrywa, czuję się dziwnie, czuję czyjeś przyciąganie. Chodzę po lesie w jasną, księżycową noc nie mogąc uspokoić pędzących myśli, tych samych, które popychają mnie ku temu, do czego już wcześniej doszedłem. Przyszła pora, aby z nim porozmawiać, aby przestać robić z siebie głupka, aby zacząć żyć normalnie. Jeśli nie tu, to w zupełnie innym miejscu.

wtorek, 4 grudnia 2018

Moje Gliwice

Mona Kasten - Trust Again

Zbyt długo czekała nie tylko na swój finał w lekturze, ale też na wszystko to, co chciałbym o niej powiedzieć, a w konsekwencji napisać. Jednak, tak, jak Dawn doznałem blokady i wszystko to, co chciałbym napisać ukryło się gdzieś głęboko w środku i nie jest w stanie wynurzyć się na światło dzienne. A to dla osoby piszącej najgorsze z możliwych doznań.
Coś, co zaczęło się od Begin Again nie kończy się na Trust Again, bo już niedługo pojawi się między nami Feel Again, gdyż doskonałość myśli, uczuć i doznań trwa i nigdy tak naprawdę nie powinna się skończyć, choć za jakiś czas będę musiał pisać coś zupełnie innego. Zanim jednak zatrzymamy się przed tym, co ma dopiero nastąpić, warto zatrzymać się przed tym, co trwa, jest obecne między nami od blisko miesiąca i porusza nas głęboko, łącznie z tym, co poczuł dziś w finale piszący te słowa.
W ten sposób złamię żelazną zasadę, która mówi, iż nie należy i nie wypada w tej, czy inne recenzji odkrywać otwarcie dotykających nas emocji, ale od czasu do czasu lubię pozwolić sobie na taki wybieg, na dzielenie się tym, co myślę i czuję i jak reaguję na słowa Mony Kasten. Swego czasu ująłem to w ten sposób...