I co równie istotne, nie bez znaczenia jest też fakt, że rodowitego Teksańczyka zagrał inny Teksańczyk z krwi i kości. Aktor, którego wybór do tej roli był najlepszy z możliwych. Matthew McConaughey dał się już poznać wcześniej, jako aktor nieprzeciętny, charyzmatyczny, dla którego rola Rona była szyta na miarę. Kreacja, której w żaden sposób nie można się oprzeć.
Historia Rona, mężczyzny żyjącego od zawsze na skraju, mężczyzny zakochanego w rodeo, kobietach i Burbonie, trudno tylko rozeznać, co było na miejscu pierwszym, a co ostatnim, ta właśnie historia daje mocnego emocjonalnego kopa. Wyjątkowa metamorfoza na przestrzeni lat sprawia, że Ron Woodroof diametralnie zmienia spojrzenie na otaczający go świat. Sam stroniący od gejów w określonym momencie wyciąga do nich rękę dając im szansę na godne zmaganie z chorobą, niż umożliwiało to państwo w latach osiemdziesiątych XX wieku. Państwo, z którym toczy ciężkie boje o godne życie i godne umieranie w obliczu choroby, w okresie, w którym Stany dopiero starały się zapanować nad tym problemem, choć działo się to istotnie bardzo opornie.














